Narzekamy –  słusznie – na brutalizację języka, którym posługują się politycy i media uwikłane w polityczne interesy. Uściślijmy – niektórzy politycy i niektóre media.

W powszechnej ocenie nastąpiło pogorszenie jakości dyskursu politycznego i to musi budzić niepokój. Z drugiej jednak strony winniśmy zachować umiar w ocenie tego zjawiska, nie dawać wiary tym politykom i publicystom, którzy, krytykując wypowiedzi politycznych adwersarzy, używają sformułowań typu „bezprecedensowa agresja słowna” czy „niespotykane dotąd nagromadzenie kłamstw”. I to nie tylko dlatego, że często operujący takimi sformułowaniami mogą być zobligowani do wypowiadania się w ustalony odgórnie sposób.

Chodzi po prostu o prawdę historyczną. O to, żeby pamiętać, iż  spory polityczne w II RP wyzwalały jeszcze większe emocje niż dzisiejsze, a towarzyszył im bardzo ostry język. Mocne słowa padały podczas zgromadzeń publicznych, niewolne od złośliwości, pomówień, szyderstw były także łamy gazet.

Za ilustrację wspomnianego zjawiska posłużyć mogą artykuły zamieszczone w  dwóch przedwojennych radomskich gazetach, „Życiu Robotniczym” i „Ziemi Radomskiej”. Spośród 57 (sic!) tytułów prasowych ukazujących się w Radomiu w okresie międzywojennym wybrano te, ponieważ na ich łamach często publikowano materiały dotyczące Skarżyska-Kamiennej, przesyłane przez miejscowych  współpracowników.

Pierwsza z gazet to tygodnik wydawany w latach 1923–1936 przez Okręgowy Komitet Robotniczy Polskiej Partii Socjalistycznej. W zgodzie z linią partii „Życie Robotnicze” reprezentowało antysanacyjne i antyendeckie poglądy. Tym samym znajdowało się na kolizyjnym kursie z drugą gazetą, dziennikiem „Ziemia Radomska”, lokalnym pismem sanacyjnym ukazującym się w latach 1928–1935.

fot. Radomska Biblioteka Cyfrowa

„Ziemia Radomska” często atakowała PPS, którego członków określała mianem cekawistów (od skrótu CKW, czyli Centralny Komitet Wykonawczy,  organ kierowniczy partii). Warto przywołać fragment artykułu (Usiłowania cekawistów spełzły na niczym. Odczyt w Skarżysku, ZR, 1932, nr 44), opisującego wydarzenie dla dziennikarza nieszczególnie atrakcyjne: publiczny odczyt. Jednak stylistyka tej  informacji prasowej niewątpliwie przyciąga uwagę.

Mały fragment artykułu:

20 lutego w sali Sokoła (chodzi o Stowarzyszenie Gimnastyczne „Sokół”, przyp. T.W.) poseł grupy robotniczej BBWR, wiceprzewodniczący Zarządu Głównego ZZZ (sanacyjna centrala związkowa, przyp. T.W.) obywatel Paczek wygłosił odczyt „Na przełomie”. Jak gady bojące się światła dziennego unikają go, tak cekawiści boją się każdej śmielszej myśli, toteż miejscowy „okar” (Okręgowy Komitet Robotniczy, przyp. T.W.) z rozkazu swoich centrolewych menerów wytężył wszystkie swoje siły, aby bałamucone masy nie dopuścić na odczyt. Niestety, za duże jest pragnienie w masach poznania dróg wyjścia ze ślepego zaułka,  w który zostały wprowadzone, toteż szelmowska robota nie dała wyników; na odczyt przybyło ściśle 420 robotników.

Polityczna opozycja, czyli PPS, nie pozostawała dłużna. Więcej, publikacje zamieszczane w „Życiu Robotniczym” często były wprawdzie ubogie informacyjnie, ale za to przepełnione agresywnością, nakierowane na zohydzenie i ośmieszenie politycznych przeciwników. Cytowany poniżej artykuł jest dobrym tego przykładem. Atak zaczyna się już od tytułu (Skarżysko. Federasty przy robocie, ŻR, 1933, nr 38).

Dalej czytamy:

Na dzień 15 lipca br. tzw. Federacja Kolejowców Polskich spod znaku ZZZ i zdrajcy Moraczewskiego (premier pierwszego rządu II RP, przyp. T.W.) zwołała zebranie dla wszystkich kolejarzy. (…) Na zebranie przybyło aż trzech menerów federacyjnych, a mianowicie pp. Szwarczewski, Zwoliński i znany na bruku radomskim agent, p. Matyszczyk. Pierwszy z tej trójki jako inteligent znający się na stronie handlowej interesu, zaczął od częstowania przybyłych papierosami i podawania swej bielutkiej łapki innym, przy czym po każdym uściśnięciu zasmolonej robociarskiej ręki wycierał skwapliwie łapkę chusteczką. (…)

Drugi mówca, niejaki Zwoliński, typ żywcem wzięty z warszawskiego Kercelaka, puścił się na fale dzikich, nikczemnych paszkwili. (…) P. Matyszczyk znów dla odmiany oświadczył, że dawno już miał ochotę odwiedzić Skarżysko, tę twierdzę cekawistów, lecz bał się by im, (federastom), łbów nie porozbijali, ale teraz przekonał się, że tak nie jest, więc będzie tu częściej przybywał.

Komentarz wydaje się być zbyteczny. Na koniec więc tylko wyjaśnienie: skąd w tytule artykułu słowa „judzi, wyszydza, z czci odziera”? Otóż fraza ta została zapożyczona z  książki Ireny Kamieńskiej-Szmaj, poświęconej analizie języka propagandy politycznej w polskiej prasie lat 1919–1923. Jak widać, w następnych latach II RP prasa nadal „judziła, wyszydzała, odzierała z czci”…

fot. Radomska Biblioteka Cyfrowa

dr Tadeusz Wojewoda